| < Styczeń 2019 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
Tagi
RSS
środa, 28 kwietnia 2010

Tak się szczęśliwie składa, że przez kilka dni miałam okazję mieszkać w sąsiedztwie... naszego, wspaniałego Benedykta XVI, czyli ledwie kilkadziesiąt metrów od Watykanu, ale powoli wszystko wraca do normy, czytaj tu w tym blogu - do małej i wielkiej teologii. Już wkrótce najważniejsze wydarzenia, w teologicznym teleskopie... Zapraszam! 

22:02, teologia3
Link Dodaj komentarz »
piątek, 23 kwietnia 2010

Dziś w Radiu Plus Warszawa (dostępnym także przez Internet), od godz. 22 powtórkowy wywiad ze śp. Januszem Zakrzeńskim.

11:38, teologia3
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 22 kwietnia 2010

Od dziś Waszej szczególnej modlitwie chcę polecić naszą... Ojczyznę. Złóżmy w tej intencji do skarbca Kościoła duchową ofiarę: Mszy św., modlitwy indywidualnej, postu\wyrzenia i dobrych uczynków, przez wstawiennictwo Tej, która od wieków jest najwspanialszą Królową Polski i naszą najlepszą Matką. Prośmy, aby Polska była zawsze Rzeczpospolitą: prawych wartości, słusznych wyborów, prawdy i szczerej troski o dobro drugiego człowieka. Ciebie prosimy - wysłuchaj nas Panie! 

21:25, teologia3
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 19 kwietnia 2010
niedziela, 18 kwietnia 2010

"Bardzo pięknie i szlachetnie uczynił, myślał bowiem o zmartwychwstaniu. Gdyby bowiem nie był przekonany, że ci zabici zmartwychwstaną, to modlitwa za zmarłych byłaby czymś zbędnym i niedorzecznym, lecz jeśli uważał, że dla tych, którzy pobożnie zasnęli, jest przygotowana najwspanialsza nagroda - była to myśl święta i pobożna. Dlatego właśnie sprawił, że złożono ofiarę przebłagalną za zabitych, aby zostali uwolnieni od grzechu." (2 Mch 12,43-45)

10:24, teologia3
Link Dodaj komentarz »
piątek, 16 kwietnia 2010
środa, 14 kwietnia 2010
wtorek, 13 kwietnia 2010

Dziś najlepsza wiadomość to taka, że Para Prezydencka zostanie pochowana w iście królewski sposób. Nic dziwnego. Można śmiało powiedzieć, że stała się narodowym symbolem wielu, wielkich chrześcijańskich wartości. Gdy skołatana Europa ma wyraźne problemy, z nawiązaniem do chrześcijańskich fundamentów i konsekwentnym budowaniem na nich, widzimy że w osobie Lecha i Marii Kaczyńskich doskonale na przykład wypełniła się treść przysięgi małżeńskiej: ślubuję Ci miłość, wierność, oraz że Cię nie opuszczę... aż do śmierci. Więcej na ten temat wraz z teologicznym "rozbiorem" katastrofy smoleńskiej już wkrótce.

22:21, teologia3
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 12 kwietnia 2010

Dziś Polacy kolejny dzień wylewają swoje serca, przede wszystkim z powodu tragicznej śmierci Prezydenta i Jego Małżonki. I mówią jednym głosem. Głosem żalu, bólu, głosem który pojawia się tylko wtedy, gdy naprawdę tracimy kogoś bliskiego. Bez względu na faktyczną przyczynę katastrofy, już teraz można powiedzieć, że Pan Prezydent Lech Kaczyński jest tragiczną ofiarą ludzkiej niechęci, może nawet nienawiści. Politycznej, niepotrzebnej  szarpaniny. Medialnego nękania. Może gdyby udało Mu się, jak o to zresztą bardzo zabiegał, uczestniczyć w uroczystości katyńskiej w środę, to nie byłoby tej tragicznej soboty...

Panie Prezydencie! O wielkości człowieka decyduje to, co przekazuje innym. Dla nas zatem jesteś i zawsze będziesz WIELKIM RYCERZEM! Spoczywaj w pokoju i pomóż swoim rodakom wybrać godnego Ciebie następcę, który będzie koncentrował politykę na tych samych wielkich, patriotycznych wartościach ku chwale Boga i Ojczyzny. Amen.

21:49, teologia3
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 11 kwietnia 2010

"Chrześcijaństwo jest dla ludzi myślących!" - wykrzykiwał kiedyś, podczas niedzielnej homilii, pewien ksiądz z Pomorza. Słusznie. Myślimy o tym co się wczoraj stało i jeszcze długo myśleć będziemy... Jest kilka przyczyn hipotetycznych wczorajszej katastrofy, i choć przyczyny te mogą się na siebie wzajemnie nakładać, to na etapie weryfikacji hipotezy każda z nich powinna być tak zbadana, jak by była właśnie tą jedną jedyną!

Polecam Wam artykuł Justyny Prus, zamieszczony we wczorajszej Rzeczpospolitej, który w świetle smoleńskiej tragedii, przemawia do nas znacznie głębiej. Lech Kaczyński był pierwszym mężem stanu, Głową Państwa, w sposób oczywisty Osobą do końca życia związaną z polityką, jednym słowem kimś na kogo nie możemy spoglądać w oderwaniu od kontekstu politycznego. Z wyżej wspomnianego artykułu dowiemy się na przykład, jak bardzo Pan Prezydent zabiegał o to, aby wziąć udział w środowej uroczystości katyńskiej i jak bardzo był "persona non grata"... Nie znaliśmy tak naprawdę swojego Prezydenta - powiedział wczoraj pewien dziennikarz - i dopiero po Jego śmierci, mamy szansę znacznie lepiej Go poznać. Tak. Daj Boże byśmy tą prawdę poznali. Prawdę o Nim samym i całą prawdę o tragedii w Smoleńsku. Nawet gdyby to miało nastąpić za kilkadziesiąt lat... Módlmy się również o to, żeby nasza Ojczyzna umiała oprzeć się Złemu, kierować wyłącznie Prawdą i najwyższym dobrem swoich Obywateli.

Dziś nie zamieszczę "biblijnego cytatu tygodnia", ale Wszystkim, którzy wczoraj zginęli dedykuję Psalm 64. Amen.    

http://www.rp.pl/artykul/2,459263.html

10:44, teologia3
Link Dodaj komentarz »
sobota, 10 kwietnia 2010

Dziś o 8.56 historia zatoczyła koło. Podobnie jak 70 lat temu, właśnie w Katyniu, tak również w dniu dzisiejszym, w tym samym miejscu zginął niespodziewanie kwiat polskiej elity intelektualnej i politycznej. Tak wielkiej tragedii, z udziałem Pary Prezydenckiej i innych czołowych przedstawicieli urzędów państwowych, historia Polski nie pamięta. Ale dla nas wierzących jest zawsze nadzieja! Żywimy nadzieję, że będą z nami obecni i będą nas wspierać w świętych obcowaniu. Ten tydzień jest tygodniem, w którym obchodzimy święto Zmartwychwstania Pańskiego i święto Bożego Miłosierdzia. Jesteśmy w przededniu (wigilii) święta Bożego Miłosierdzia. I w duchu tego Miłosierdzia o zmartwychwstanie dla nich wszystkich do życia wiecznego, prosimy Cię Panie! Wszystkim ofiarom mordu katyńskiego i tym, którzy dzisiaj zginęli: wieczny odpoczynek racz im dać Panie, a Światłość wiekuista niechaj im zawsze świeci. Amen.

Msza św. z Katedry na Wawelu, transmitowana przez TVP, dziś o 17.30.

Również w dniu dzisiejszym w archikatedrze warszawskiej św. Jana Chrzciciela na Starym Mieście odprawiona zostanie Msza św. w intencji tych, którzy zginęli w katastrofie lotniczej.

 W katastrofie samolotu, który rozbił się w Smoleńsku, zginął Biskup Polowy Wojska Polskiego gen. dyw. prof. dr hab. Tadeusz Płoski. Śmierć poniósł także ks. ppłk Jan Osiński - wicekanclerz Kurii Polowej Wojska Polskiego.Msza św. w intencji śp. Ordynariusza Wojskowego i wszystkich ofiar katastrofy odbędzie się dziś w Katedrze Polowej WP o godz. 18.00.Mszy św. przewodniczył będzie Nuncjusz Apostolski w Polsce ks. abp. Józef Kowalczyk.

11:03, teologia3
Link Dodaj komentarz »
środa, 07 kwietnia 2010

Zadzwonił kiedyś słuchacz do Radia Plus Warszawa z pytaniem\ pretensją: „Po co mamy się modlić o wolę Bożą, skoro zawsze jest wola Boża”. Absolutnie nie! Gdyby tak naprawdę było, że zawsze na ziemi realizuje się wola Boża, do tej pory żylibyśmy w biblijnym raju. Szatan nie sprzeciwiłby się Bogu, Adam i Ewa nie popełniliby grzechu pierworodnego, Jezus nie musiałby za nas umierać na krzyżu… Nie byłoby wojen, rozwodów, niechcianych dzieci, ale też chciwości, egoizmu, chorób, śmierci jednym słowem tego całego zła, które wynika z naszej wolności, a nie jest zgodne z wolą Bożą. Kiedyś na obrazie przedstawiającym obóz w Auschwitz, ktoś napisał „Wola Boża”. A ktoś inny przekreślił ten napis i dopisał „Wola ludzka!”. Przypominam sobie taki wywiad z Markiem Edelmanem, w którym dziwił się, że za zbrodnie hitlerowskie ludzie obwiniają Boga. Jaki Bóg, jaki Bóg! – wykrzykiwał. Przecież to człowiek! (w domyśle: zdolny jest do takich zbrodni).

Po co Jezus uczył Apostołów modlić się do Boga Ojca „bądź wola Twoja jako w Niebie tak i na ziemi”? No właśnie po to, że nie zawsze ta wola Boża na ziemi realizuje się. Co innego w Niebie, jak wynika zresztą z przytoczonego wyżej zdania. Najkrócej rzecz ujmując, Niebo to taka wspólnota, do której oprócz Boga i istot nadprzyrodzonych (aniołów),  należą ludzie zbawieni. Zbawieni czyli uwolnieni od pychy, oszczerstwa, kłamstwa, zazdrości i tak dalej, i tak dalej czyli od grzechów, ich skutków i bieżącego działania demona. W Niebie zatem zawsze jest realizowana wola Boża i wszyscy są z tego powodu przeszczęśliwi! Pisałam już kiedyś o tym, że działanie Pana Boga można podzielić na trzy sekwencje: obdarowywanie (wszelkim dobrem), niedopuszczanie (zła do nas zwane Bożą opatrznością), i dopuszczanie tego zła. Zajmijmy się tą ostatnią kwestią czyli tak zwanym dopustem Bożym. Dlaczego Bóg dopuszcza różne złe rzeczy? W dużej mierze już na to pytanie odpowiedziałam. Winna wszelkiego zła jest nasza wola, źle wykorzystana wola ludzka czyli po prostu grzech. Zobaczmy jak bardzo jesteśmy niekonsekwentni. Gdy dojdzie na przykład do wypadku samochodowego, to mamy ochotę urągać Niebu: „Panie Boże, dlaczego żeś do tego dopuścił?”. Nikomu jednak nie przyjdzie do głowy utyskiwać w podobny sposób, gdy znacznie lepiej widzimy błąd człowieka. I tak, niedorzecznie byłoby na przykład, jedząc przypaloną zupę obwiniać za to Boga, a nie kucharkę! Bóg dopuszcza różne rzeczy, ponieważ darował nam wolność i możemy wybierać pomiędzy dobrem i złem. Niektórzy tłumaczą, że Bóg dopuszcza zło (w domyśle: jest to Jego intencją) aby wyprowadzić z niego dobro. Ale teologia moralna ze św. Pawłem na czele zaprzecza takiemu rozumowaniu. Nie można czynić zła (św. Teresa z Avila powie nawet „najmniejszego zła”), aby wyprowadzić z niego dobro. A wszystko dlatego, że cel nie uświęca środków. Jak mówił mój wykładowca teologii moralnej, nie można kraść ojcu pieniędzy, aby dać księdzu na tacę, albo oszukiwać urząd skarbowy aby więcej rozdać biednym. Ten temat jeszcze kiedyś rozwinę, więc teraz zostawię go w spokoju. Zresztą, bez względu na sytuację, czy jest ona dobra czy zła, Bóg zawsze pragnie wyprowadzić z niej dobro lub jeszcze większe dobro, bo taka jest Jego natura! On sam po prostu jest dobry - jak nas pouczył w Ewangelii Jezus Chrysus.  

Są trzy główne sytuacje, w których mamy do czynienia z tzw. dopustem Bożym:

 - pierwsza to taka, w której Bóg dopuszcza nasze (złe\ błędne) działanie, ale sam zaraz usuwa jego skutki. I taki obraz mamy w Biblii. Wtedy na przykład gdy Piotr przy pojmaniu Jezusa w Ogrójcu, obcina mieczem ucho żołnierzowi, a Jezus to ucho natychmiast (!) uzdrawia,

  - druga sytuacja związana jest z tzw. postawą pokutną. Chodzi tutaj o pokutę zastępczą, która stała się na przykład udziałem Pana Jezusa, i na którą – co bardzo znamienne – wyraził swoją zgodę. Po prostu pokutujemy dobrowolnie za grzechy innych, dla ich zbawienia. Taka sytuacja znana jest  także z życiorysu św. O. Pio, św. Faustyny Kowalskiej i wielu innych,

 - i w końcu trzecia sytuacja, to ta z którą chyba najczęściej się spotykamy. Wyjaśnię ją przykładzie, przeczytanym kiedyś w miesięczniku „List”. Otóż pewien chłopak trafił kiedyś do aresztu za posiadane narkotyki. Zadzwonił natychmiast do ojca mówiąc: „Tato zabierz mnie stąd szybko, bo tu siedzą różne potwory!”. I ojciec go zabrał. Ale po dwóch dniach. Wolał bowiem, żeby syn spędził dwa dni z tymi potworami i dobrze to uczucie zapamiętał, niż miałby potem spędzić kilka dobrych lat za dalszy handel narkotykami. Tym razem „lekcja” przyniosła pełny sukces. Przypatrzmy się bliżej tej sytuacji… Bóg, niejednokrotnie, jak zapewne wspomniany wyżej ojciec, odradza i przestrzega nas przed konkretnym złym działaniem. Gdy jednak pomimo wszystko „wiemy lepiej”, pozwala nam w jakimś stopniu doświadczyć skutków tego działania. Traktuje nas poważnie. Dopuszcza spowodowane \ wywołane przez nas zło i pragnie naszego nawrócenia. Napisałam „pragnie” ponieważ nie jest to wcale przesądzone. To od nas zależy czy pójdziemy w dobrą stronę czy też nie. Ponieważ Bóg patrzy na nas z perspektywy wieczności, z perspektywy kochającego Ojca, zawsze pragnie naszego nawrócenia! Wszystkie Jego działania są zbawcze i mają taki cel – nasze ostateczne zbawienie. Śmiało możemy powiedzieć, że zło, cierpienie które nas spotyka jest skutkiem grzechu pierworodnego, grzechów naszych i grzechów innych ludzi i ma przysłużyć się do nawrócenia. Nie tylko nas samych, ale także (a może nawet znacznie bardziej) ludzi z bliskiego  otocznia. Nie bez powodu Katechizm Kościoła Katolickiego nadmienia, że część kar czyśćcowych odbywamy już tu na ziemi. A wszystko po to byśmy oczyścili się, dojrzeli w wierze i mogli cieszyć się kiedyś szczęściem wiecznym. Ale przecież są takie sytuacje, przypadki – ktoś mógłby zaoponować - których Bóg w ogóle nie dopuszcza! Zgoda! I to jest Jego tajemnica! Tajemnica, która polega na tym, że doskonale widzi historię naszego życia, wnętrze naszego serca, ba! naszą przyszłość i mając do dyspozycji także modlitwę Kościoła powszechnego, modlitwy osób indywidualnych (a więc czyjąś, dobrze ukierunkowaną wolną wolę), Bóg postępuje w najlepszy sposób! I chwała Mu za to! CDN.

07:58, teologia3
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 05 kwietnia 2010

Tą szokującą historię warto przeczytać do samego końca nie tylko dlatego, że kończy się happy endem, przejściem od śmierci do życia, jak każda historia nawrócenia człowieka. I to jest właśnie cudownie przepiękne w chrześcijaństwie. Że choćbyś był największym grzesznikiem, zawsze możesz zacząć wszystko od nowa. Ba! Masz nawet szansę być świętym, którego Kościół wyniesie na ołtarze. Chcę Wam między innymi zwrócić szczególną uwagę na ten fragment, który mówi o makabrycznych snach bohatera. Podobno właśnie to jeden z takich snów, zmienił zwrotnicę jego życia o 180 stopni.  Nathansonowi bowiem przyśniło się kiedyś „że przeszedł na tamtą stronę” i zobaczył pozabijane przez siebie dzieci (w wieku znacznie starszym), które pokazując na niego palcem krzyczały „Morderca!”...  Zresztą przeczytajcie sami.

 „To jedno z największych nawróceń XX w. Najzagorzalszy zwolennik aborcji na świecie, szef największej kliniki aborcyjnej w USA, który przyznał się do odpowiedzialności za zabicie 75 tys. dzieci, przeszedł na stronę obrońców życia, a po latach został katolikiem.

Bernard Natanson pochodził z rodziny zeświecczonych Żydów. Od młodości był ateistą. Studiował medycynę na uniwersytecie McGilla. Wielkie wrażenie wywarł na nim wówczas żydowski psychiatra Karl Stern, który od dwóch lat był już katolikiem. Podziwiał jego fachowość i duchowy spokój.

Jako młody student po raz pierwszy zetknął się ze światem aborcjonistów. Miał dziewczynę – Ruth, która zaszła w ciążę. Zaskoczeni tym faktem młodzi postanowili „usunąć” dziecko. Zrobili to w prywatnym gabinecie, pokątnie bowiem proceder ów był wówczas w USA nielegalny. Choć wcześniej planowali ślub, Bernard nie ożenił się z Ruth. Nie przeżywał też żadnych dylematów moralnych.

W wieku 42 lat Nathanson był już profesorem, miał za sobą dwa nieudane małżeństwa i był założycielem (w 1968 r.) słynnej National Abortion Rights Action League – NARAL (Narodowa Liga Walki o Prawo do Aborcji). Związał się wówczas z kobietą, która bardzo go kochała. Kiedy zaszła w ciążę, Bernard kazał jej ją usunąć. Kobieta błagała, by pozwolił jej urodzić dziecko, ale on był nieugięty. Zagroził, że jeżeli nie podda się aborcji, to się z nią nie ożeni. Uległa. Nathanson własnymi rękami zabił swoje własne dziecko. Zrobił to fachowo, bez skrupułów i wyrzutów sumienia. Mordował także dzieci swoich przyjaciółek, koleżanek i przypadkowych znajomych, a nawet swoich… nauczycielek.

Na całym świecie nie było wówczas większego od niego propagatora zabijania dzieci. Kiedy skończył 44 lata, został szefem największej na świecie kliniki aborcyjnej.

Rok 1973 r. okazał się być dla Nathansona przełomowy – został ordynatorem wydziału położniczego, w dużym szpitalu św. Łukasza w Nowym Jorku. Miał zorganizować tam oddział badań prenatalnych. Po raz pierwszy zetknął się wówczas z ultrasonografem, dzięki któremu można obserwować rozwój dziecka w łonie matki. Był zszokowany tym, co zobaczył. Zauważył że płód jest normalnie funkcjonującym organizmem, ssie kciuk, porusza się, oddycha, oddaje mocz, śpi i czuwa. Jego silne przekonanie o słuszności aborcji na życzenie zostało zachwiane. Drastycznie ograniczył wówczas liczbę dokonywanych zabiegów (ostatniego dokonał w 1979 r.). Ultrasonograf obudził w nim naukowca i zrodził wątpliwości co do etyczności aborcji.

Równie istotny był drugi krok. Nathanson – dokonujący wcześniej przerywania ciąży za pomocą mechanicznej pompy – zapragnął dowiedzieć się, co dzieje się podczas zabiegu. Poprosił przyjaciela, by podłączył do USG kamerę i nagrał na niej przebieg zabiegu. Lekarze byli zszokowani filmem, który później obejrzeli. Tak powstał „Niemy krzyk” – autentyczny zapis makabrycznej zbrodni dokonywanej na niewinnych dzieciach. Niemym aktorem było 12 – tygodniowe dziecko w łonie matki, podejmujące heroiczny bój o życie ze śmiercionośnymi urządzeniami, którymi je zaatakowano. Zobaczono, że płód to nie tylko zespół tkanek, ale żywa istota, która czuje, broni swego życia i cierpi.

Film zaprezentowany szerszej publiczności spowodował wielkie poruszenie. Proaborcyjni liberałowie za wszelką cenę próbowali zablokować jego rozpowszechnianie. Dzięki USG i filmowi Nathanson poznał prawdę, która nim wstrząsnęła. Ze zwolennika aborcji przeistoczył się w jej zdecydowanego przeciwnika – obrońcę życia. Nadal pozostał jej ateistą, a jego nawrócenie miało ściśle „naukowy” charakter.

Po swoim „naukowym nawróceniu” Nathanson ujawnił duchową i moralną pustkę, potworny cynizm i płynący z chciwości (ponad 1,5 mln aborcji rocznie przynosiło dochód rzędu 500 mln dolarów), motywację aborcjonistów, a przede wszystkim morze kłamstw kampani reklamowej, za pomocą której „rewolucyjni” zwolennicy aborcji, okłamywali amerykańskie społeczeństwo, dążąc do liberalizacji przepisów antyaborcyjnych (udało się to już w 1970 r., a w 1973 r. po ogłoszeniu wyroku w słynnej sprawie Roe v. Walde, zalegalizowało w USA aborcję na żądanie i bez ograniczeń). Aborcjoniści ukrywali przed kobietami niebezpieczne następstwa przerywania ciąży, fałszowali statystyki (twierdząc np., że rocznie dokonuje się w USA ok. 1 mln nielegalnych aborcji, podczas gdy faktyczna liczba wynosiła 150 tys.), podawali wyniki spreparowanych badań opinii publicznej, przekonywali, że zaaprobowanie aborcji na życzenie jest oznaką oświeconego liberalizmu, a niezgoda na nią objawem fanatycznego zacofania, szkalowali przeciwny aborcji Kościół katolicki, za „społecznie wsteczne idee”. Skutecznie blokowali również rozpowszechnianie informacji, że życie ludzkie zaczyna się już od poczęcia. Twierdzili, że rozważania na temat początku ludzkiego życia to nie sprawa nauki, ale filozofii i teologii.

Za wstrząsem poznawczym, jakiego doznał Nathanson, przyszedł wstrząs duchowy. Naukowe odkrycia skłoniły go do wszczęcia poszukiwań natury religijnej. Nie miał w tym zbyt dużej praktyki – religię już dawno zepchnął na boczny tor. Dla niego liczył się głównie pieniądz i dobrobyt.  

Po obejrzeniu niezwykłego filmu Nathanson zrozumiał, że nie był dobroczyńcą ludzkości, ale seryjnym mordercą. Budził się w nocy i z niepokojem wertował książki z zakresu duchowości. Nachodziły go myśli samobójcze. Szukał ukojenia w alkoholu i gabinecie psychiatry. Świadomość tysięcy popełnionych zbrodni coraz bardziej go przytłaczała. Pojął, że to co robił, było wielkim grzechem.

W tym czasie rozpoczął aktywną działalność w ruchu obrońców życia. Większość z jego członków była religijna. Nathanson początkowo odżegnywał się od wiary, ale stopniowo poznawał wartość wspólnoty, prawdziwą bezinteresowną miłość i siłę modlitwy. Zaczął dopuszczać myśli o istnieniu Boga. Próbował wrócić do judaizmu, ale religia ta nie dała mu odpowiedzi na jego pytania. Potrzebował oczyszczenia z grzechów. Co więcej, do judaizmu zrażała go znaczna liczba Żydów zaangażowanych w ruch i „przemysł aborcyjny”. Nathanson zaczął gorączkowo zapoznawać się wówczas z biografiami wielkich katolickich konwertytów. Do przejścia na katolicyzm przyczyniła się zwłaszcza lektura książki jego byłego profesora Karla Sterna „Słup ognia”, w którym żydowski psychiatra opisał swoją drogę do Kościoła katolickiego.

Wielkie znaczenie dla jego duchowego rozwoju miały także cotygodniowe kontakty z dwa razy młodszym od Nathansona księdzem Johnem Mc Closkey z Opus Dei. Duże wrażenie zrobiła na żydowskim lekarzu lektura Ewangelii św. Łukasza (lekarza) i Dziejów Apostolskich.

Po kilku latach przygotowań, 9 grudnia 1996 r., w uroczystość Niepokalanego Poczęcia NMP, w krypcie kaplicy katedry św. Patryka w Nowym Jorku Nathanson przyjął chrzest, bierzmowanie i Komunię św. i odrodził się do nowego życia – życia w prawdzie i Chrystusie. „Teraz jesteś takim samym katolikiem, jak ja” – powiedział Nathansonowi ks. kard. John O’Connor".

 H. Bejda, „Księga 100 wielkich cudów”, Dom Wydawniczy Rafael, Kraków 2005 s. 262 -266   

19:27, teologia3
Link Dodaj komentarz »

„Nawrócenie anglikańskiego pastora, późniejszego katolickiego kardynała, Johna Henry’ego Newmana nie miało w sobie nic nadzwyczajnego. A jednak takie stopniowe dochodzenie do prawdy, z jakim mamy do czynienia w jego przypadku, też jest swego rodzaju cudem. Bóg wybrał bowiem Johna Henry’ego Newmana, aby wskazać drogę innym, aby pokazać, że konsekwentne poszukiwanie źródeł chrześcijańskiej wiary oraz Kościoła, w którym wciąż przechowywany jest skarb pełni objawionej prawdy, prowadzi do Kościoła powszechnego – Kościoła katolickiego.

Poszukiwał prawdy od 15 roku życia. W młodym wieku został pastorem, bardzo popularnym kaznodzieją na uniwersytecie w Oksfordzie i liderem wpływowego oksfordzkiego ruchu „traktarian”, dążącego do odnowy anglikanizmu, przeciwstawiającego się jego protestantyzacji oraz przeciwdziałającego narastającemu racjonalizmowi i liberalizmowi. Jako anglikanin był wówczas przekonany, że to kościół anglikański jest najwierniejszym depozytariuszem Objawienia. Rzymski katolicyzm, jak większość anglikanów i protestantów, uważał za „babilońską wszetecznicę”, a Rzym za „stolicę Antychrysta”.

Lata filozoficzno – teologicznych dociekań zbliżały go jednak do Kościoła katolickiego. Ze zdziwieniem odkrył, że kościołem najbliższym tradycji apostolskiej, „nieruchomym i twardym, stanowczym, wyniosłym i nieugiętym”, nieulegającym jak heretycy władzy świeckiej, jest właśnie Kościół katolicki. Newman znacznie zbliżył się do katolicyzmu, zwłaszcza podczas pisania traktatu „O  rozwoju doktryny chrześcijańskiej”.

Ogromnym zaskoczeniem dla niego samego było dojście do przekonania, że dokonywana przez niego obrona zasad, na których opiera się anglikanizm i potępienie katolicyzmu, opiera się na… heretyckich fundamentach, a wszystkie historyczne i dogmatyczne racje są po stronie Rzymu. „Doszedłem do wniosku, że nie ma nic pośredniego, w prawdziwej filozofii, między ateizmem a katolicyzmem, i że doskonale konsekwentny umysł, w tych warunkach w jakich znajduje się tu na ziemi, musi przyjąć jedno lub drugie” – pisał w późniejszym czasie kard. Newman. Co więcej, „(…) istnieją tylko dwie alternatywy, droga do Rzymu i droga do ateizmu. Anglikanizm jest przystankiem w połowie drogi po jednej stronie, a liberalizm jest przystankiem w połowie drogi po drugie stronie” – pisał w „Apologia pro vita sua”, wspaniałym dziele dokumentującym jego duchowe zmagania, przyrównywanym do słynnych „Wyznań” św. Augustyna.

Wnioski, do jakich doszedł pastor Newman, nie mogły pozostać bez konsekwencji. Oliwy do ognia dolała narastająca w owym czasie protestantyzacja anglikanizmu.

W 1943 roku Newman dokonał kroku formalnego – „formalnego odwołania wszystkich przykrych rzeczy, powiedzianych przeciw Kościołowi Rzymskiemu”. Zrezygnował następnie  z anglikańskiego probostwa i kariery, jaka się przed nim rysowała, i wierny poznanej prawdzie wyrzekł się błędu, zostając „papistą”, czyli katolikiem. 9 października 1845 r. Włoch o. Dominik Barberi (obecnie błogosławiony), superior domu Pasjonistów w Aston przyjął Newmana, na łono Kościoła katolickiego – „ jedyne łono Chrystusa”. Od tej pory były pastor niestrudzenie głosił, że tylko Kościół katolicki, jest tym Kościołem, który pochodzi od samego Boga, a jego podstawową misją, której od wieków pozostaje wierny, jest zbawienie każdego człowieka.

            Po swoim chrzcie John Henry Newman usunął się w cień, ale nie dane mu było pozostać w nim do końca życia. I choć przez 32 lata był zwykłym księdzem, w końcu został mianowany kardynałem (przez Leona XIII w 1879 r.). Jego wybitne zdolności umysłowe zostały wreszcie docenione. Spoza pióra kard. Newmana wyszło wiele wybitnych dzieł: „ Logika wiary”, „Idea Uniwersytetu”, czy „Gramatyka przeświadczenia”. Zmarł w 1890 r. Obecnie trwa proces beatyfikacyjny angielskiego kardynała.”

H. Bejda, "Księga 100 wielkich cudów", Dom Wydawniczy Rafael, Kraków 2005 s. 124-126

17:32, teologia3
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 04 kwietnia 2010

W moim blogu są różne okruchy i okruszki teologiczne, ale niejako taki jest jego zamiar. Z doświaczenia bowiem wiem, że dla niektórych - chociaż dawno przyjęli chrzest - nawet te okruszki mogą być nowością. Zawiniona ignorancja jest grzechem. Dlatego dzisiaj coś z wyższej półki, w uzupełnieniu informacji które zamieszczam. Chociaż świętujemy już zmartwychwstanie Chrystusa, polecam Wam bardzo gorąco (!) rozmowę z 1 kwietnia (Wielki Czwartek) na temat Triduum Paschalnego z prof. Janem Grosfeldem  (UKSW). Plik najlpiej zapisać na swoim dysku ponieważ pod poniższym linkiem jest dostępny tylko przez określony czas. Przy okazji zachęcam Was także do przesłuchania innych audycji Radia Plus Warszawa. WARTO!    

http://www.pluswarszawa.pl/?a_id=38&mid=34

 

17:50, teologia3
Link Dodaj komentarz »

"Wspominamy przed Bogiem, naszym Ojcem, wasze dzieło wiary, trud miłości i stałość nadziei w naszym Panu, Jezusie Chrystusie . Wiecie, bracia umiłowani przez Boga, że On was wybrał" (1 Tes 1,3-4) 

08:20, teologia3
Link Dodaj komentarz »

"Pragniemy prawdy, a świat karmi nas reklamą, polityką i tendencyjną informacją. Szukamy drogi, a świat zamiast drogowskazów podsuwa nam fałszywych proroków. Tęsknimy za życiem, a świat proponuje nam wysepki rozrywki na cmentarzu cywilizacji. Człowiekowi szarpanemu przez kłamstwo, strach i śmierć, człowiekowi który wykorzeniony, bez domu i ojczyzny błąka się po świecie pogubiwszy drogi, Chrystus mówi dzisiaj "Ja jestem drogą i prawdą i życiem". Mówi to jako Pan i Nauczyciel, ale w każdym Jego słowie obecna jest braterska miłość i troska".

Oremus, Teksty liturgii Mszy świętej, 5-30 kwietnia 2010 s. 130  

07:54, teologia3
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 01 kwietnia 2010
  
 
Miłości Wielkiego Czwartku,
Męstwa Wielkiego Piątku,
Nadziei Wielkiej Soboty,
Radości Wielkiej Niedzieli!
 
 Rodzinnych i pełnych radości Świąt Wielkiej Nocy,
 a przede wszystkim spotkania na drodze życia ze zmartwychwstałym Chrystusem, niosącym nowe siły, nową nadzieję oraz wszelkie inne potrzebne łaski.  
 
 
 
15:19, teologia3
Link Dodaj komentarz »
środa, 31 marca 2010

Zanim opowiem o Adopcji Serca, a zrobię to już niebawem, kilka słów a propos jutrzejszego Święta. Wiem, że czytają mój blog wspólnoty protestanckie (bardzo się z tego cieszę) i dlatego szczególnie chciałabym się zwrócić teraz do nich.  

Dwa lata temu, na Mazurach, przy jednym z kościołów protestanckich (mniejsza o to którym), widniała tablica z wypisanymi "prawdami wiary". Jedna z nich mówiła o tym, że wspólnota ta, nie uznaje Eucharystii za ofiarę, ponieważ ofiara jest jedna i została przez Chrystusa poniesiona na krzyżu. Czyli Eucharystia jako ofiara - nie, krzyż jako ofiara - tak. Otóż! Nie byłoby Eucharystii bez ofiary krzyża! Mówiąc jeszcze prościej: Eucharystia i krzyż to ta sama ofiara Jezusa Chrystusa. My katolicy, słusznie widzimy w Eucharystii (Wieczerzy Pańskiej, a obecnie Mszy świętej) ucztę ofiarną. Gdyby Pan Jezus nie umarł na krzyżu, to nie mógłby nas karmić swoją Krwią i Ciałem. Tym samym Ciałem, o którym podczas Ostatniej Wieczerzy powiedział "bierzcie i jedzcie to jest Ciało Moje". I Krwią, o której powiedział "bierzcie i pijcie to jest Krew Moja na pamiątkę nowego i wiecznego przymierza". Może wszystko by nam się w głowach lepiej poukładało, gdyby na przykład Chrystus te słowa o Ciele i Krwi wypowiedział po swojej śmierci (a nie przed), ucztując po zmartwychwstaniu z Apostołami. Dlaczego kolejność jest inna? Najpierw uczta a potem dopiero krzyż. Dlatego, że Bóg zawsze pierwszy wychodzi do ludzi, aby zawrzeć z nimi przymierze. Tak miał i Abraham i Noe i Mojżesz. Mało tego, za każdy razem Bóg zostawia znak swojego przymierza. Abraham został obrzezany, Noe dostał tęczę, Mojżesz - kamienne tablice. Znakiem przymierza zawartego "przez Chrystusa, w Chrystusie i z Chrystusem" jest Eucharystia i krzyż, wynikające z jednej i tej samej ofiary.  I jeszcze o kapłaństwie: gdyby ktoś zapytał o to jakimi słowami Chrystus ustanowił sakrament kapłaństwa, to w pierwszej kolejności należy wymienić "To czyńcie na moją pamiątkę", wypowiedziane właśnie podczas Ostatniej Wieczerzy. Dobrej nocy i dobrego świętowania!

22:17, teologia3
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 30 marca 2010

Wielki Post to oczywiście post, modlitwa i jałmużna. Jak dobrze przeznaczyć pieniądze na jałmużnę i zapamiętać Wielki Post AD 2010, może nawet na całe życie? Na przykład angażując się w Adopcję Serca. Więcej na ten temat już wkrótce.

http://www.adopcja.salezjanie.pl//index.php?j=1&m=0&o=1

http://www.sekretariat-misyjny.pl/index.php?option=com_content&task=view&id=31&Itemid=39

21:29, teologia3
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 29 marca 2010

Często nie potrafimy się zrozumieć, nie dlatego że mamy różne poglądy, ale dlatego że nie potrafimy rozmawiać. Kiedyś poruszono ten wątek na wykładach z teologii moralnej, którym pilnie się przysłuchiwałam. A musicie wiedzieć, że wykłady teologiczne, nieraz przypominają pole ćwiczebne: studenci na wszystkie strony fechtują różnymi pytaniami i temperatura w sali skacze gwałtownie o kilka stopni. W pewnym momencie ksiądz, który prowadził zajęcia (rzeczywiście, wielki znawca tematu) powiedział coś co można ująć tak: w rozmowie najpierw chodzi o miłość, a dopiero potem o prawdę.  Oto zatem recepta na dobrą rozmowę według św. Ignacego z Loyoli: "trzeba założyć, że każdy dobry chrześcijanin powinien chętniej ocalić zdanie bliźniego niż je potępić. A jeżeli nie może go uratować, to pyta jak on je rozumie, a jeżeli rozumie źle, poprawia go z miłością. Jeżeli to nie wystarczy, poszukuje wszelkich środków stosownych, żeby tamten dobrze je zrozumiał i ocalił samego siebie". Proste? No to do roboty! :)

św. Ignacy Loyola, "Ćwiczenia duchowne", WAM, Kraków 2005 s. 20

21:24, teologia3
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 28 marca 2010

Dziś Niedziela Palmowa - na pamiątkę uroczystego wjazdu Chrystusa do Jerozolimy. W owych czasach ludzie oczekiwali zapowiadanego przez proroków Mesjasza i Króla, który - jak słyszeliśmy później w wypowiedzi uczniów z Emaus - miał wyzwolić Izraelitów spod okupacji rzymskiej. Jezus, witany przez tłumy, wjechał do Jerozolimy po zdarzeniu jakie miało miejsce w Betanii czyli mówiąc krótko  po wskrzeszeniu Łazarza. Żydzi widzieli już różne cuda Jezusa, ale po tym naprawdę oszaleli z radości, stąd te palmy, płaszcze rzucane na drogę, okrzyki i wiwaty, że oto "błogosławiony Król, który przychodzi w imię Pańskie". Sielanka jednak szybko się skończyła. Wkrótce potem i Jezusa i Łazarza chciano zgładzić. Faryzeusze obawiali się kłopotu, z kimś kto mógłby zostać obwołany królem żydowskim i zakłócić niewolniczo - poprawną relację z Rzymem. Woleli zatem stracić jednego Człowieka - jak sobie tłumaczyli - niż miałby zginąć cały naród. A Łazarz? Łazarz był żywym dowodem potwierdzającym moc Chrystusa. Ilekroć w Biblii czytacie o mocy, Bożej mocy, wiedzcie że chodzi o Ducha Świętego. Wielu widząc żywego Łazarza, przylgnęło do Chrystusa. Obecność Łazarza była więc zupełnie "politycznie niepoprawna", żeby użyć dobrze nam dzisiaj znanej terminologii...

Ten Tydzień nazwany Wielkim Tygodniem jest najważniejszym okresem w całym kalendarzu liturgicznym.  Po Niedzieli Palmowej mamy Wielki Czwartek (Wieczerzą Pańską rozpoczynamy Triduum Paschalne), dzień w którym Bóg odnowił swoje przymierze z ludźmi ustanawiając sakrament Eucharystii, a przez to także sakrament kapłaństwa. Potem jest Wielki Piątek, dzień męki i śmierci Jezusa Chrystusa. W ten dzień obowiązuje post ścisły (jeden posiłek do syta i potrawy bezmięsne). Wielka Sobota natomiast to czas, kiedy Jezus przebywa w grobie i kiedy po zmroku rozpoczynamy Wigilię Paschalną czyli oczekiwanie na wydarzenie zmartwychwstania. Jezus Chrystus zmartwychwstał nocą (z soboty na niedzielę) stąd ta niedziela, ale też każda niedziela w roku,  obchodzona jest  jako Święto Zmartwychwstania.

W Wielki Piątek będziemy  obchodzić piątą rocznicę śmierci Sługi Bożego Jana Pawła II.

http://goscniedzielny.wiara.pl/index.php?grupa=6&art=1269500635&dzi=1104759141&idnumeru=1269444357

http://pl.wikipedia.org/wiki/Triduum_Paschalne

http://www.archidiecezja.warszawa.pl/homepage/aktualnosci/?a=4010

Zachęcam Was również serdecznie do przesłuchania "Misji świętych", które prowadził od 21 do 27 marca br. w Kościele św. Zygmunta na warszawskich Bielanach, ks. Piotr Pawlukiewicz - dla wielu, szczególnie młodych ludzi – nieoceniony specjalista w dziedzinie relacji międzyludzkich. Więcej kazań ks. Piotra znajdziecie z lewej strony blogu w załączonym linku.   

http://www.sw-zygmunt.pl/?id=31

 

20:41, teologia3
Link Dodaj komentarz »

"Szczęśliwy, kto się boi Pana

i kto chodzi Jego drogami !" (Ps 128,1)

09:07, teologia3
Link Komentarze (1) »
sobota, 27 marca 2010

Tylko jedno życie jest dobre. To, które trwa w przyjaźni z Bogiem. Co trzeba zrobić, aby żyć w przyjaźni z Bogiem? Trzy rzeczy:

- porzucić grzech, w tym szczególnie grzech ciężki,

- kontemplować Boga czyli być z Nim w żywej relacji,

- miłość czynna czyli praktykować uczynki miłosierdzia.

Pewnego dnia jakiś fotograf zrobił zdjęcie niemłodej już parze na warszawskim Starym Mieście i zapytał mniej więcej tak: "Jaki jest sens życia?" Odpowiedzieli: "Nie wiemy. Nie zastanawiamy się nad takimi pytaniami". Fatalnie. Bezsens, brak refleksji to podstawowe narzędzie demona. Jak wyglądała praca w obozie w Oświęcimiu? Miała być ciężka, szybka i bezsensowna. Więźniowie na ten przykład nabierali piach na taczki, lecieli z tymi taczkami trzysta metrów dalej, wyrzucali piach, potem ładowali go z powrotem, lecieli tam skąd przybiegli... i tak mogli bez końca. Chyba, że któryś wcześniej padł... Tak czasami wygląda nasze życie. Jest ciężkie, szybkie i upływa bez poszukiwania sensu. Ktoś kiedyś słusznie powiedział, że wielu z nas w sposobie życia, przypomina pasażerów, którzy mówią przy kasie biletowej: "nieważne dokąd, ważne żeby była pierwsza klasa".

"Życie płynie z wnikania w głąb. Ci co żyją po wierzchu, szybko wysychają" - powiedział kiedyś trafnie pallotyn - rekolekcjonista. Celem naszego życia jest Duch Święty. Mamy tak żyć, żeby Go w sobie mieć czyli mówiąc prościej, trwać w przyjaźni z Bogiem. Dlaczego? Dlatego, że "Duch daje życie, ciało na nic się nie przyda" - jak czytamy w Ewangelii św. Jana (J. 6,63). Nie przyda do czego? - może ktoś z Was zapyta. Oczywiście do zbawienia, bo wtedy dostaniesz lepsze. Jeżeli zatroszczysz się o to życie w Tobie (czyli Ducha Świętego) już teraz, w tym ziemskim bytowaniu, to zachowasz je również po śmierci. Albo jeszcze lepiej rzecz ujmując: to ono cię przez tą śmierć przeprowadzi. Ale jeżeli nie ma w Tobie tego życia, i wcale o to nie dbasz, to z czym chcesz przejść na tamtą stronę? Wszystkie kolorowe pisma rozpływają się w szczegółach o tym jak ważne jest ciało. Tak. Jest ważne, to prawda. Ale to "Duch daje życie". Bez Ducha jesteś prawie nieboszczykiem, choćbyś nawet  zewnętrznie normalnie funkcjonował. "Prawie" bo zawsze możesz się jeszcze nawrócić i tylko dlatego "prawie". Ktoś kto trwa w grzechu ciężkim, nie bez powodu nazywanym zamiennie śmiertelnym, jest na duchowym OIOMIE.

Co robi grzech? Grzech jest złem dlatego zawsze będzie przeciwny Bogu. Grzech zawsze działa destrukcyjnie. Rozbija naszą relację z Bogiem i z innymi ludźmi (nierzadko siejąc przy tym zgorszenie) i demoluje nam psychikę. Sieje spustoszenie. Nawet wtedy gdy nikt poza nami, o tym grzechu nie wie. Kiedyś oglądałam dokument, w którym pewien Amerykanin opowiadał jak dał się wciągnąć pornografii i jakie były tego skutki. Etap pierwszy tej jego historii to porno zdjęcia i gazety; etap drugi: agencje towarzyskie; etap trzeci: łóżko, w zasłoniętym kotarami pokoju, na którym zdrowy fizycznie facet (czyli wspomniany bohater filmu) leży przez cały dzień nie ruszając ani ręką ani nogą. Pamiętam to doskonale, ponieważ powiedział że był w takim stanie, iż z wielkim wysiłkiem składał podpis na czeku, za kolejną "świńską" przesyłkę. Tym razem skończyło się jednak szczęśliwie: ostatecznym powrotem do dzieci i żony, ale tak, właśnie tak, działa perfidna machina grzechu. Jak nie teraz, to później, jak nie za pięć, to za dziesięć lat... Grzech nas zawsze osłabia, a bywa że i okalecza, i psychicznie i fizycznie. Nie bez powodu spowiedź jest nazywana sakramentem uzdrowienia. My katolicy, mamy obowiązek przynajmniej raz w roku przystąpić do spowiedzi i ten czas - w oczekiwaniu na wydarzenia Wielkiej Nocy - jest właśnie teraz. Po to, żeby Jezus nie umarł za nas na krzyżu, na darmo. Bo za KAŻDEGO z nas umarł, więc tylko od nas zależy, czy skorzystamy z tak wielkiego daru odpuszczenia grzechów, które prowadzi do zbawienia, czy nie.     

 O grzechu i nie tylko o grzechu, opowiem jeszcze nie jeden raz, ale teraz zapraszam Was do modlitwy. W nadchodzącym tygodniu módlmy się o nawrócenie emigrantów (i uchodźców), wszystkich tych którzy są daleko od swoich rodzin i od rodzinnego domu, aby nie ulegali pokusie, lecz dzielnie trwali przy Bogu, który daje życie.   Módlmy się także za tych, którzy prześladują chrześcijan. Aby zrozumieli, że ich przestępstwa nie mają nic wspólnego z Bogiem, który jest miłością.   

 

22:51, teologia3
Link Dodaj komentarz »
piątek, 26 marca 2010

Dziś po raz (przed) ostatni zapraszam Was do odprawienia Drogi Krzyżowej (za którą można uzyskać odpust zupełny). 2 kwietnia br. ( w Wielki Piątek), jak co roku, o godz. 20.00 odbędzie się centralne nabożeństwo Drogi Krzyżowej, która przejdzie ulicami Warszawy. Dzisiejszą Drogę Krzyżową natomiast odprawmy w intencji wszystkich pomordowanych i prześladowanych chrześcijan na całym świecie.

http://www.archidiecezja.warszawa.pl/homepage/popieluszko/?a=3947

http://www.archidiecezja.warszawa.pl/homepage/?a=3939

Wczoraj natomiast był dzień Zwiastowania Pańskiego, do którego winna Wam jestem krótki komentarz. Jak dostkonale wiecie zapewne, Anioł Pański  zwiastował Maryi, że zostanie matką Syna Bożego. Gdyby nie wczorajszy dzień, nikt z nas nie obchodziłby (9 miesięcy później) Świąt Bożego Narodzenia. W ogóle wszystko byłoby inaczej. Porzućmy jednak ten wątek (szczęśliwie nie musimy się w ogóle nad nim zastanawiać) i wróćmy do Maryi. Dlaczego nie powiedziała swojemu małżonkowi - Józefowi o tym co zaszło? Otóż dlatego, że Boże działanie, Boże tajemnice mogą być czasem tak wielkie, że przerosną zdolność pojmowania i akceptacji nawet bardzo religijnych osób. Tylko Bóg, w sobie wiadomy sposób,  może potwierdzić ich prawdziwość. Gdyby Maryja powiedziała na przykład: "Nie, nie Józefie, Ja Ciebie nie zdradziłam (a Józef patrzy na jej okrągły brzuch), to Duch Święty zstąpił na mnie i będę Matką Boga" i gdyby ta wiadomość rozeszła się "po ludziach", Izraelitach wierzących w przeciwieństwie do pogan, w jednego jedynego Boga, to mogliby posądzić Matkę Bożą o: bluźnierstwo, cudzołóstwo i chorobę psychiczną. Po prostu. Koniec kropka. Maryję z tej opresji uratowało jedno: zaufanie Bogu do końca. Zresztą wiedziała dobrze co ma czynić ponieważ była pełna Ducha Świętego, pełna Jego mądrości i to On ją prowadził!

10:12, teologia3
Link Komentarze (1) »