| < Grudzień 2016 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30 31  
Tagi
RSS
sobota, 03 grudnia 2016

"Postrzeganie dziecka jako biernego, a okresu niemowlęcego jako czasu przejściowego, w którym największym osiągnięciem jest nauka chodzenia, jest całkowicie niesłuszne. Jest to bowiem okres, w którym w największym stopniu wykształcają się możliwości intelektualne, jakimi człowiek dysponować będzie przez resztę życia. Do czwartego roku życia mózg wykształca się w 40% procentach, do szóstego roku życia - w 80% procentach. Oznacza to, że w wieku, w którym dzieci zwykle idą do szkoły i zaczynają podlegać formalnej edukacji, jest już właściwie za późno na wyrównanie szans.

Dziecko idące do szkoły jest już osobą pod względem intelektualnym niemal całkowicie ukształtowaną. Warto wiedzieć, że geny najwyżej w 50% decydują o naszej inteligencji, a możliwości dziecka kształtowane są niemal wyłącznie przez środowisko rodzinne oraz - ewentualnie - przez przedszkole"*.

A swoją drogą to ciekawe, że tak jak nam idzie na początku edukacji szkolnej (dobrze, słabo lub kiepsko), tak samo z reguły później radzimy sobie w dalszym jej etapie. Trzeba też pamiętać, że bardzo ważna jest inteligencja emocjonalna czyli umiejętność komunikacji i przyjmowania (przepracowywania!) porażek.

* "Jak kreatywnie wspierać rozwój dziecka" - Natalia Minge i Krzysztof Minge. Wyd. SAMO SEDNO, Warszawa 2011 s. 10-11  

http://aros.pl/ksiazka/jak-kreatywnie-wspierac-rozwoj-dziecka

13:03, teologia3
Link Dodaj komentarz »
środa, 30 listopada 2016

https://www.youtube.com/watch?v=j2C8MkY7Co8&feature=youtu.be

A jeśli nie chce przestać płakać to albo jest chory - jak mówi pediatra - albo jest głodny. No i warto sprawdzić pieluchę, o!

Dziecko bardzo często płacze dlatego, że... się nudzi (albo dlatego, że nie czuje się bezpiecznie, bo nikt się nim nie zajmuje). Jak długo moglibyście leżeć na wznak patrząc na biały sufit, nawet gdyby w pobliżu uśmiechała się sympatyczna maskotka. Malec potrzebuje bodźców, które każą jego małej główce pracować. To dlatego leżenie w łóżeczku może być "be", ale już podskakiwanie u mamy na kolanie, bardzo fajne :) Przeczytajcie na ten temat również wpis powyżej. 

 
19:56, teologia3
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 28 listopada 2016
niedziela, 27 listopada 2016

http://www.naszdziennik.pl/wiara-kosciol-na-swiecie/171203,czas-oczekiwania-na-przyjscie-zbawiciela.html

Współczesny świat bardzo choruje od grzechu, od ideologii a w zasadzie od wiary liberalizmu, która sprzeciwia się chrześcijaństwu, rodzinie, Bogu i jest oparta na niepotwierdzonych tezach - dogmatach. Dlatego zachęcam Was bardzo do ofiarowania w tym Adwencie w sposób szczególny modlitwy i Rorat tj. pięknego, zwykle porannego nabożeństwa ku czci Najświętszej Dziewicy - Maryi, Matki Bożej, w intencji nawrócenia siebie, swoich bliskich i osób znanych przez media. Wbrew temu co te ostatnie zwykle pokazują pokażmy dobro, które działa na tym świecie bardziej niż zło. Bóg wszak jest Miłością! Jezus mówiąc do Piotra: "Wypłyń na głębię", powiedział mu -  kochaj mocniej! Kochaj głęboko, a spotkasz całe mnóstwo ryb, czyli ludzi. I rzeczywiście. Kto kocha głębiej, spotyka bardzo wielu ludzi. Ludzi pięknych, ale też ludzi potrzebujących czy błądzących. 3/4 naszego globu to tak zwany III świat, który inwestorzy chętnie nazywają "wschodzącym rynkiem" (ang. emerging market), aby pozbyć się negatywnych konotacji.  

Powierzmy tych wszystkich ludzi i siebie Matce Bożej i czekajmy radośnie na nadejście naszego Pana - Jezusa  Chrystusa!

Celebrujmy wszyscy ADWENT!



16:36, teologia3
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 21 listopada 2016

http://www.portalsamorzadowy.pl/polityka-i-spoleczenstwo/piotr-guzial-zlozyl-drugi-wniosek-o-referendum-w-sprawie-odwolania-prezydent-warszawy,85376.html

W warszawskim ratuszu, podobnie jak w samorządach na terenie całego kraju potrzebna jest dobra zmiana tym bardziej, że głosowanie w sprawie tych ostatnich było wiarygodne mniej więcej tak samo, jak wiarygodna była II tura wyborów prezydenckich w Austrii (zostanie powtórzona 4 grudnia br. o czym orzekł austriacki sąd). Sygnał dla partii rządzącej w RP: jazda z prędkością 40-60 km/h po politycznej autostradzie, nie służy nikomu. Wybory samorządowe powinny być czym prędzej powtórzone!

Każdy dzień dobrych rządów jest wielkim zyskiem, każdy dzień złych rządów jest dużą stratą!

Dziś obywatele do których należy m.in. Piotr Guział i Piotr Ikonowicz zadają pytanie referendalne: czy jesteś za odwołaniem Hanny Gronkiewicz-Waltz ze stanowiska Prezydenta m. st. Warszawy?

Nazwisko, imię, adres zamieszkania, pesel, datę i podis należy wysłać do 25 listopada br. na adres: REFERENDUM, FUP WARSZAWA, ul. Poleczki 35, 02-822 Warszawa; skrytka pocztowa nr 45  

 





07:52, teologia3
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 20 listopada 2016

http://www.naszdziennik.pl/wiara-kosciol-w-polsce/170599,jezus-jest-panem.html

Wczoraj dziesiątki tysięcy ludzi wraz z najwyższymi władzami w osobie Premiera i Prezydenta RP, w Łagiewnikach powierzyły Polskę Chrystusowi Królowi. Cieszymy się z tego ogromnie. Jak powiedziała Sługa Boża Rozalia Celakówna na początku XX wieku, tylko te kraje nie zginą, które przyjmą Chrystusa jako swojego Pana i Odkupiciela. Chodzi o coś więcej niż deklarację, choć ta jest pożądana. Chodzi nade wszystko o głęboką przemianę serc! Nawrócenie czyli zawrócenie ze złej drogi powinno być wielką troską każdego człowieka!

Jest jednak pewien bolesny zgrzyt, który nie pozwala nam się w pełni, jeszcze bardziej cieszyć się z tego święta. Nie mamy zatem takiej energii, jaką jako społeczeństwo powinniśmy mieć, a bez ogromnej siły pozytywnej energii i świetlanych perspektyw, nie ma też wielkiego rozwoju. Te słowa w szczególności kieruję do wicepremiera Mateusza Morawieckiego (będzie wiedział dlaczego).   

Przed wejściem do łagiewnickiego sanktuarium stał komitet obrony dzieci nienarodzonych, które w Polsce nadal niestety są zabijane. Tak nie może być! W kraju świętego Jana Pawła II! W kraju świętej siostry Faustyny, w kraju w którym znajduje się światowa stolica Bożego Miłosierdzia!!! To przeszkadza w pełnym przyjęciu Bożej łaski. Nie dlatego, że Bóg jej nie chce dać ale dlatego, że każdy grzech ciężki, skutecznie nas od tej łaski oddziela! Żaden kraj, który dopuszcza się zbrodni zabijania, nie cieszy się w pełni Bożym błogosławieństwem! To trzeba sobie uświadomić i to trzeba zmienić. Polska może być pięknym przykładem dla innych narodów troski i ochrony obywateli, może być prowadzona przez Pana Boga za rękę w każdym czasie, jeśli tylko będzie Mu wierna. Tego chcemy i tak nam dopomóż Bóg, amen.

http://stopaborcji.pl/

09:20, teologia3
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 17 listopada 2016
wtorek, 15 listopada 2016

Są elementy dobrej zmiany (!), ale to za mało. Oczekiwania społeczne po tym, co miało miejsce za rządów PO i po tym, jak PiS zdobył większość parlamentarną są ogromne. Na przykład odnośnie pracy sądów, likwidacji dżungli prawnej, w której doskonale mają się tylko prawnicy (każdy może mówić co chce i jeszcze mu za to sporo zapłacą), służby zdrowia, w której oprócz leków dla seniorów nie ma żadnego postępu... Nie odnoszę wrażenia, aby praca poszczególnych resortów była pracą zespołową, dobrze skoordynowaną układanką puzzli, w której wszystkie elementy uzupełniają się, są do siebie spasowane. A rewolucja w oświacie? Szkoła nadal nie przygotowuje do życia, a przeważnie do ciężkiej, niepewnej i z reguły słabo płatnej pracy na etacie, która jakby tego było mało, jest obłożona największym ciężarem fiskalnym. Gdzie są profesjonalne, państwowe kursy zawodowe (nie szkoły, po prostu same kursy) dla tych, którzy chcą nabyć nowe umiejętności w każdym czasie swojego życia, czy wręcz zmienić zawód? Gdzie jest całkowita ochrona życia, o której mówi przecież nasza Konstytucja? Nie będę porównywać rządów PiS z PO, bo są to wielkości nieporównywalne. Rządy PO zasługują na absolutną dyskwalifikację i jestem pewna, że wraz z dzisiejszą opozycją bezlitośnie zostaną kiedyś potraktowane przez historię. Rząd PiS ma jednak sporo do roboty. Może przydałby się też jakiś trening asertywności i lepszej komunikacji oraz współpracy ze społeczeństwem? Nie jest źle, ale może być dużo lepiej. Trzeba mieć odwagę czynić nowe!

21:14, teologia3
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 13 listopada 2016
sobota, 12 listopada 2016

http://pkwp.org/rozne/2016/pomoc-dla-iraku

WYŚLIJ SMS O TREŚCI:

RATUJE

pod numer 72405

koszt 2,46 zł brutto.

AKCJA TRWA do 31.03.2017 

19:37, teologia3
Link Dodaj komentarz »
piątek, 11 listopada 2016

Karol Borowiecki - główny bohater "Ziemi obiecanej" naszego noblisty Władysława Reymonta poświęcił swoje życie dla zdobycia majątku. Najpierw robił wszystko, aby postawić fabrykę w robotniczej Łodzi, a gdy tą ktoś podpalił, Karol porzucił swoją narzeczoną, ubogą szlachciankę - Ankę i ożenił z bogatą córką miejscowego kapitalisty. A potem? A potem przeczytajcie, co się dalej stało. Bardzo pouczająca lektura. Akcja toczy się na początku XX wieku.  

 

"A potem?

Potem szły tygodnie, miesiące, lata i kładły się w grobie zapomnienia - odchodziły tak cicho, jak cicho a nieubłaganie szły nowe wiosny, nowe śmierci i nowe istnienia, jak cicho snuje się przędza życia splątana z włókien wczoraj, dziś i jutro.

W Łodzi i wpośród naszych znajomych te kilka lat, jakie upłynęły od ślubu Borowieckiego, zmieniły wiele.

Łódź żyła teraz szalonym życiem, tętniała gorączką rozrostu, budowała się z pośpiechem, zdumiewała nieustającą potęgą, nagromadzeniem sił, wylewających się niepowstrzymanym potokiem aż w pola, bo tam, gdzie przed kilku laty jeszcze rosły zboża i pasły się krowy - zaczynały wyrastać całe ulice nowych domów, fabryk, interesów, nowych szachrajstw i wyzysków.

Miasto było podobne do potężnego wiru, w którym kotłowali ludzie, fabryki, materiały i namiętności, miliony i nędza, rozpusta i głód wieczny, a wszystko to wirowało z szalonym pośpiechem, z rykiem maszyn, pożądań, głodu, nienawiści; z rykiem walki wszystkich przeciwko wszystkim i wszystkiemu.

Wszystko pchało się z siłą rozpętanego żywiołu naprzód, po trupach fabryk i ludzi - byle zdążyć prędzej do milionów, których źródła zdawały się wytryskiwać z każdego cala tej "ziemi obiecanej".

Kurowski szedł pełną parą do majątku; Maks Baum et Stach Wilczek byli już firmą mocną i jeszcze rnocniej podrywającą swoimi tandetnymi chustkami firmę Grunspan, Welt et Grosman.

Moryc Welt, jeden z firmowych, jeździł tylko powozem i już nie poznawał na ulicy ludzi mających mniej niż pół miliona.

Firma Bucholc, prowadzona ongi przez Karola, szła wciąż na czele wszystkich.

Nie prześcignął jej Szaja Mendelsohn, który znowu się spalił i po pożarze powiększył fabrykę o dwa tysiące robotników, ale równocześnie stawał się coraz filantropijniejszym, bo wyciskał do ostatnich granic pracujących i za to budował dla nich wspaniały szpital i przytułek dla okaleczonych i niezdatnych już do pracy.

Grosglik szachrował w dalszym ciągu, a nawet ze zdwojoną energią, bo wydał swoją Mery za jakieś nadgryzione mocno rozpustą hrabiątko, które musiał wciąż leczyć i utrzymywać.

Trawiński, który zmógł wytrwaniem i cierpliwością dawne niepowodzenia, od dwóch lat już stał znakomicie, był firmą bardzo poważaną.

Muller usunął się zupełnie z Łodzi, oddał fabrykę Borowieckiemu, a sam z żoną wypoczywał przy synu, któremu kupił wielki majątek na Kujawach. Wilhelm chorował na szlachcica, miał się żenić z jakąś hrabianką, pisał się de Meller, do Łodzi przyjeżdżał ze służbą uliberionowaną, na karetach używał połączonych herbów przyszłej żony i Borowiec-kiego; do fabryki nie wtrącał się zupełnie, dzieląc się tylko sumiennie jej ogromnymi dochodami.

Borowiecki był zupełnym panem olbrzymiej fabryki.

Przez te cztery lata rozwinął ją olbrzymie; zreformował fabrykację barchanów, podniósł swoje wyroby do stopnia doskonałości, dobudował nowe oddziały, rozszerzył rynki zbytu i wciąż szedł naprzód.

Te cztery lata, jakie upłynęły od jego ślubu z Madą Mullerówną i od objęcia fabryki, to cztery lata pracy wprost nadludzkiej.

Wstawał o szóstej rano, kładł się o północy, nie wyjeżdżał nigdzie, nie bawił się, nie używał życia ani milionów, nie żył prawie - pracował tylko, pochlonięty wirem interesów i tą rzeką pieniędzy, jaka przepływała przez jego ręce - fabryka oplotła go jak polip tysiącami ramion i ssała bezustannie wszystkie myśli - wszystek czas - wszystkie siły.

Miał już te upragnione miliony, dotykał się ich codziennie, oddychał nimi, żył z nimi, widział je dokoła siebie.

Ale ta praca nad siły, trwająca już lata całe, wyczerpywała go fizycznie, a miliony nie radowały zupełnie - przeciwnie, czuł się coraz głębiej znużonym, obojętnym i smutnym.

Coraz częściej nuda zaglądała do jego duszy, coraz częściej zaczynał uczuwać, że jest mu źle i że jest bardzo, bardzo osamotnionym.

Mada była dobrą żoną, jeszcze lepszą mamką i piastunką jego syna, doskonale go obsługiwała - ale niczym więcej być nie mogła i nie umiała. Łączyło ich tylko dziecko i wspólne mieszkanie, nic więcej; - ona czciła go jak fetysza nie śmiejąc zbliżyć się, jeśli ją do tego nie zachęcił, nie śmiejąc mówić, jeśli on nie był dobrze usposobiony - a on pozwalał się czcić i uwielbiać, rzucając jej czasem w nagrodę jakieś słowo dobre lub uśmiech życzliwy, a rzadziej już czułość jaką lub jakiś okruch serca.

Przyjaciół nie miał nigdy, ale zawsze miał wielu znajomych i życzliwych wpośród kolegów dawnych - ale teraz, w miarę wzrostu jego potęgi, wszyscy się odsuwali i ginęli w szarym tle ludzkim, odgrodzeni nieprzebytym wałem milionów, jakie go otaczały; z milionerami również nie żył, brakło mu przede wszystkim czasu, a potem zbyt nimi pogardzał i zbyt wiele było pomiędzy nimi konkurencyjnych antagonizmów.

Pozostało mu tylko kilku najbliższych. Ale Kurowskiego unikał, bo tamten nie mógł mu darować Anki i przy każdej sposobności ranił go bardzo boleśnie. Z Morycem Weltem żyć nie mógł, bo mu obrzydł zupełnie.

Z Maksem Baumem żyć nie umiał; spotykali się bardzo często, Maks był nawet chrzestnym ojcem jego syna, ale pomimo to byli ze sobą na chłodno, na stopie dawnego koleżeństwa, a nie przyjaźni... Maks miał do niego stary żal, również jak i Kurowski, za Ankę i nie mógł mu tego zapomnieć.

Ale Borowiecki coraz częściej czuł swoją samotność i tę przeraźliwą pustkę, jaką był otoczony - pustkę, której nie mogły zapełnić miliony ani zabijająca praca.

A teraz w ostatnich czasach zaczynał uczuwać coraz częściej szalony, nieopowiedziany głód duszy. I nie wiedział jeszcze dobrze, co mu jest!

Wiedział tylko, że nudzi go fabryka, interesy, ludzie, pieniądze - że nudzi go wszystko. Rozmyślał właśnie o tym wchodząc do fabryki.

Olbrzymie czworoboki murów trzęsły się i huczały pracą.

Borowiecki przechodził mroczny przez sale, nie witał się z nikim, nie rozmawiał, nie oglądał nic, nie patrzył nawet na nikogo - szedł jak automat i błądził zgaszonym wzrokiem po maszynach w ruchu, po robotnikach pracujących w skupieniu, po oknach, przez które wlewało się wiosenne słońce; podniósł się windą do suszarni gotowego towaru, gdzie na długich stołach, na ziemi, na wózkach leżały miliony metrów, przechodził po nich, deptał je z jakąś bezwiedną a zimną wzgardą i stanął przy oknie, z którego widać było smugę pól zakończonych lasami, zapatrzył się w jasny, słoneczny dzień kwietniowy, pełen wielkiej radości, słońca, ciepła, młodej zieleni traw - na przeczyste stada chmur leżących w głębiach seledynowego nieba...

Ale odszedł rychło, targnięty jakąś głuchą, nieokreśloną tęsknotą.

I znowu szedł z pawilonu do pawilonu i z sali do sali - przez to piekło turkotów, huków, warczeń, pracy, zapachów straszliwych i gorąca piekielnego, ale szedł wolniej i uświadamiał sobie, że to wszystko, co go otacza - to jego własność, jego królestwo wymarzone.

Przypominał sobie dawne marzenia - o takiej potędze, jaką władał.

Miał to wszystko i uśmiechnął się gorzko na wspomnienie przeszłości, na wspomnienie złudzeń dawnych - złudzeń, bo wierzył kiedyś, nic nie mając, że miliony dadzą mu nadzwyczajne, ekstatyczne jakieś szczęście.

- Cóż mi dały? - myślał teraz. Tak, cóż mu dało to królestwo?

Znużenie i nudę. I ten dziwny głód duszy, i tę nieokreśloną, a tak mocną, a tak szarpiącą, a tak bezcelową tęsknotę, która coraz silniej ściskała mu duszę.

Ach! a tam, za oknami farbiarni, w której teraz siedział, taka wiosna szła nad polami, tak się lśniło wszystko, takie radosne krzyki dzieci leciały, tak wesoło krzyczały wróble, tak lekko biły w górę kłęby różowych dymów; tak tam było jasno, rzeźwo, młodo - taka potężna radość zmartwychwstającej przyrody drgała w przestrzeniach, przenikała wszystko - że chciało się iść, śpiewać, krzyczeć, tarzać po murawach, płynąć z chmurami, lecieć z wiatrem, chwiać z drzewami w rozsłonecznionym powietrzu i żyć całą piersią, wszystkimi władzami, wszystkimi uniesieniami, żyć! żyć!...

- A cóż dalej? - myślał posępnie, wsłuchując się w szum fabryki. Nie znalazł w sobie odpowiedzi.

- Chciałem tego, pożądałem i mam, mam! - pomyślał z nienawiścią niezgłębioną niewolnika, spoglądając za czerwone mury fabryk swoich, na tego potwornego tyrana, który radośnie spoglądał tysiącami okien i pracował tak zawzięcie, aż się wszystko w nim trzęsło, i śpiewał tysiącami maszyn głęboki hymn nasycania się.

Poszedł do kantoru, miał już dosyć fabryki. Interesanci, kupcy, komisjonerzy, urzędnicy, robotnicy szukający pracy, tysiące spraw czekało w jego przedpokoju i wrzało niecierpliwością, ale on bocznymi drzwiami wyszedł i powlókł się wolno do miasta.

Nie widział nikogo, bo niósł w sobie straszną, pożerającą nudę i ten niezaspokojony głód duszy.

Miasto zalane było potokami słońca i wrzawą szalonego ruchu. Tysiące fabryk, podobnych do twierdz warownych, huczało pracą. Ze wszystkich ulic, ze wszystkich domów, ze wszystkich zaułków, z pól nawet uderzały w niego twarde echa pracy, krzyki maszyn, gwar tej walki, toczonej z całą namiętnością - dyszenia wysiłków, tryumfujące wy krzyki zwycięzców.

Jak jego strasznie nudziło to wszystko!

Z nieopowiedzianą ironią przyglądał się baronowi Meyerowi, który w pysznym powozie rozparty, dumny, jaśniejący potęgą, przejeżdżał ulicą i był podobny do czerwonego spasionego wieprza, nadzianego bogactwem.

- Bydlę, dla którego jest szczęściem najwyższym legowisko z tytułów własności. Czemuż ja nie mogę w ten sam sposób używać bogactwa? Oni są jednak tak szczęśliwi! - myślał.

Niestety, nie umiał używać życia na sposób łódzkich milionerów.

Bo i cóż go miało bawić?

Kobiety! Ach, kochał ich tyle i był tak kochanym, i tak miał już tego dosyć!

Zabawy! Jakież? Gdzież są takie, aby były warte wysiłku, aby po nich nuda nie była tym przykrzejszą?

Wino! Od dwóch lat z powodu przepracowania był na surowej diecie i żył prawie samym mlekiem.

I otaczania się przepychem nie lubił, a popisywać się przed drugimi nie chciał ani czuł potrzeby.

Robienie milionów! Po co? nie wydawał nawet dochodów. Po co?

Nie dośćże już był ich niewolnikiem, nie dośćże już zabrały mu sił, życia; nie dośćże mu już ciężą te złote kajdany!

- A jednak Myszkowski miał wiele racji! - pomyślał przypominając sobie jego przeklinania nadmiernej pracy i gromadzenia bezmyślnego pieniędzy.

I myślał coraz smutniej o swoim położeniu, o tych długich, długich latach nudy i męki, jakie stały jeszcze przed nim.

Szedł tak długo, aż znalazł się w helenowskim parku, nie wiedząc prawie o tym.

Chodził po rozmiękłych jeszcze alejach i z ciekawością patrzył na młode trawy, na bladozielone listki trzepoczące cicho w dosyć ostrym, przesłonecznionym powietrzu.

Cisza głęboka leżała w alejach pustych, po których tylko wrony spacerowały lub wróble świergotały.

Chodził do zmęczenia, chodził uparcie i bezwiednie prawie wciąż wracał do miejsc, w których spotykał się kiedyś z Lucy...

- Lucy... Emma!... - powiedział półgłosem i jakby z żalem powlókł oczami po parku - po pustym parku. Z wielką goryczą myślał, że przecież nie czeka na nikogo, że nikt nie przyjdzie, że jest sam...

- Jak to niedawno, a jak to daleko!

Tak, kiedyś żył naprawdę, kochał, umiał szaleć.

A teraz?... A teraz za młodość całą ze wszystkimi jej burzami miał miliony i - nudę - nudę.

Skrzywił usta do pogardliwego uśmiechu nad sobą, nad własnym stanem duszy i poszedł dalej.

Obszedł park, a wracając spotkał przy bramie długi szereg dziewczynek, za którymi szły jakieś dwie panie, usunął się na bok i spojrzał.

- Anka! - wyrwało mu się z piersi i bezwiednie zdjął kapelusz.

Tak, to była Anka.

Przystąpiła natychmiast do niego z wyciągniętą ręką.

- Dawno pana nie widziałam, dawno! - powiedziała z radością.

Pocałował ją w rękę i nie mógł się na nią napatrzeć.

Tak, to była Anka, ta jego dawna Anka z Kurowa, młoda, piękna, pełna sił i pełna czarującego wdzięku, prostoty i szlachetności.

- Pójdźmy za dziećmi, jeśli ma pan chwilę czasu.

- Cóż to za gromada? - odezwał się cicho.

- Z mojej ochrony.

- Pani ochrony?

- Musiałam coś robić, a przy tym ta praca daje mi tak wiele zadowolenia, że staram się o pozwolenie na otwarcie drugiej.

- Zajmowanie się tymi dziećmi daje pani zadowolenie?

- A nawet zupełne szczęście, szczęście spełnianego obowiązku i czynienia dobrze, chociaż w tak małym zakresie. A pan... zadowolony? - spytała ciszej.

Głos jej zadrgał i oczy szybko się przesunęły po jego zżółkłej, bardzo mizernej twarzy.

- Tak... tak... bardzo... - odpowiedział prędko i szorstko; tak mu serce biło gwałtownie, że nie mógł oddychać.

Szli przy sobie w milczeniu, dziewczynki skręcały nad stawy i zaczęły pisklęcymi głosami śpiewać jakąś dziecinną piosenkę, która dźwięczała złotem i jakby szmerem młodych listków i traw.

- Pan taki bardzo mizerny... taki... - szepnęła przymykając oczy, aby ukryć łzy głębokiego współczucia, i z wielką, jakby siostrzaną miłością i bólem spostrzegła jego wpadnięte oczy, wystające kości policzkowe, głębokie zmarszczki i siwiznę na skroniach.

- Niech mnie pani nie żałuje... Mam to, czego chciałem... Chciałem milionów - mam, a że mi do życia nie wystarczają - to moja wina. Tak, to moja wina, że zdobyłem w tej "ziemi obiecanej" wszystko - prócz szczęścia. To moja wina, że cierpię głód.

Powstrzymał nagle gwałtowny potok goryczy, jaki mu się wyrwał z serca, bo spostrzegł, że po jej twarzy sączą się łzy, a usta drgają z trudem powstrzymywaną boleścią.

I nie mógł mówić widząc te łzy, bo taki żal - taki dziki żal uwiesił mu się ostrymi kłami u serca, że uścisnął jej rękę i odszedł spiesznie, aby się nie zdradzić z tym, co się w nim działo.

- Za miasto, prędko! - krzyknął szorstko, siadając w dorożkę.

Drżał ze wzruszenia, duszę mu obsiadły mary przypomnień, wypełzłe gdzieś z ciemni mózgu, z najbujniejszych głębin serca, i przesunęły mu się przez mózg w obrazach tak pięknych, tak opromienionych radością, uniesieniem, że całą siłą potężnej woli chciał je powstrzymać, chciał nasycić zgłodniałą duszę, chciał w nich utopić pamięć dnia dzisiejszego, pamięć swojej obecnej nędzy - ale nie powstrzymał, bo na ekranie świadomości z błyskawiczną szybkością rysowały się już i inne obrazy, inne przypomnienia - przypomnienia wszystkich krzywd, jakie zrobił Ance, wszystkie swoje winy wobec niej popełnione. Siedział odurzony z przymkniętymi oczyma, martwy prawie i wytężał wszystkie siły, aby zdusić w sobie jakiś głośny krzyk, którym miał zapchane serce; aby zmóc i to serce, przebudzone jej widokiem; te wszystkie pragnienia szczęścia, jakie się w nim nagle ocknęły z siłą niepowstrzymaną.

- Dobrze mi tak, dobrze! dobrze! - myślał chwilami z jakąś dziką rozkoszą, tarzając się we własnym bólu, w poznaniu własnego stanu i win własnych. Zmógł się wreszcie, pokonał sam siebie, ale to zwycięstwo gorzkie kosztowało go tyle sił, że nie poszedł nawet do żony i syna, tylko zamknął się w swoim gabinecie, odprawił czekającego Mateusza i pozostał sam.

Długo leżał bez ruchu i bez myśli, bo tylko jakaś mgławica, jakieś zaczyny myśli wirowały mu pod czaszką i zatapiały go w stan półświadomości.

- Zmarnowałem życie - powiedział naraz, bezwiednie zrywając się z otomany, ta myśl wyłoniła mu się z ciemnej pracy mózgu i szarpnęła go jak hakiem, i olśniła strasznie bolesnym światłem.

Rozglądał się po ciemnym pokoju, jakby nagle oprzytomniał i wszystko ujrzał w nowym świetle.

- Dlaczego? - rzucił zapytanie własnej duszy. Otworzył okno i zaczął rozmyślać.

Gwar coraz cichszy dobiegał słabymi echami, miasto milkło pogrążone w odpocznieniu i w tej słodkiej kwietniowej nocy wiosennej.

Zielonawa ciemność, rozdzierana rozdrganymi błyskami gwiazd, otuliła miasto jakby w całun.

Z okien gabinetu widać było ogromny, ciemny rozlew miasta usypiającego, gdzieniegdzie tylko wznosiły się świetliste wyspy fabryk pracujących, których głuchy huk, podobny do dalekiego szumu lasów, przynosił wiatr.

- Dlaczego? - myślał znowu skupiając się cały jakby do walki, zwłaszcza z duszą, która mu zaczynała odpowiadać przypomnieniami całego życia, rozsnuwaniem wszystkich zwojów dawno zapadłych w niepamięć - a zmartwychwstających teraz, w tej chwili. Nie chciał, uciekał, rwał się, ale w końcu musiał ulec, musiał patrzeć, musiał słuchać tych wszystkich głosów, jakie się w nim podnosiły, więc pochylił się i z bolesną, okropną ciekawością - przyglądał się samemu sobie. Przeglądał całe istnienie swoje, całe czterdzieści lat - które niby przędza nawinięta na wrzeciono czasu odwijała się przed nim, że mógł rozpatrywać szczegółowo, i rozpatrywał.

Miasto już spało, przyczaiło się w cieniach i przywarło do ziemi jak polip wszystkimi mackami fabryk, a dalekie, porozrzucane elektryczne słońca błękitnawymi źrenicami patrzyły w noc, stróżowały śpiącego molocha, jak stado żurawi o głowach ognistych.

- No i cóż, jestem, jaki jestem, jaki być musiałem - szepnął hardo i wyzywająco, ale nie pozbył się tym rozbudzonego sumienia, nie stłumił tym głosów podeptanych wierzeń, zdradzonych ideałów, splugawionego egoizmem życia - które krzyczały w nim, że żył tylko dla siebie, że wszystko deptał, aby zadowolnić próżność, aby napaść własną pychę, aby dojść do milionów.

- Tak, jestem egoista, tak, poświęcałem wszystko dla kariery... - powtarzał te słowa tak dobitnie, jakby się nimi sam policzkował, i fala okropnej goryczy, wstydu, poniżenia zalała mu serce.

Poświęcił wszystko i cóż ma teraz? Garść pieniędzy bezużytecznych i ani przyjaciół, ani spokoju, ani zadowolenia, ani szczęścia, ani chęci do życia - nic... nic...

- Człowiek nie może żyć tylko dla siebie - nie wolno mu tego pod grozą własnego nieszczęścia. On o tej prawdzie wiedział, ale teraz dopiero ją odczuł i pojął w całej głębokości.

- Dlatego ja przegrałem własne szczęście - myślał wspominając Ankę i pod wpływem tego przypomnienia napisał do niej długi list prosząc o wskazówki, potrzebne mu do założenia ochrony dla dzieci swoich robotników.

Począł znowu rozmyślać, ale już szukał dróg wyjścia z dzisiejszego stanu do celu jakiegoś na to długie jutro - o którego nudzie myślał z przerażeniem. Godziny płynęły wolno, miasto spało, ale spało niespokojnie, gorączkowo - bo przez pohaftowany światłami nocny tuman, jaki je oblał, przebiegał czasem dreszcz jakiś, to znowu rozlegał się jęk głęboki, przeciągły, bolesny - jakby jęk maszyn spracowanych, ludzi mordowanych lub drzew skazanych na zagładę;

to jakiś krzyk zrywał się z głębi pustych ulic, drgał chwilę i roztapiał się w milczeniu - to jakieś nieodgadnione drganie, pełne błysków tajemniczych, głosów, płaczów, szlochań, śmiechów - cała gama przeszłego czy jutrzejszego życia rozlewała się po mieście i była niby marzeniem sennym tych murów, drzew spowitych w mroki, ziemi zmordowanej...

To chwilami panowała tak głęboka, przerażająca cisza, że można było wyczuć pulsację tego uśpionego olbrzyma, który przywarł do ziemi i spał tak ufnie jak dziecię na piersiach matki.

Tylko daleko, poza murami, hen w polach, dookoła tej "ziemi obiecanej", w głębiach nieodgadnionych nocy wrzał ruch jakiś, rozlegały się szmery głosów, turkoty, szumy, echa śmiechów, łkań, przekleństw.

Wszystkimi drogami, połyskującymi kałużami wód wiosennych, które biegły ze wszystkich krańców świata do tej "ziemi obiecanej", wszystkimi ścieżkami, co się wiły wskróś pól zieleniejących i sadów kwitnących, wskroś lasów pełnych zapachów brzóz młodych i wiosny, wskróś wiosek zapadłych, moczarów nieprzebytych - ciągnęły tłumy ludzi, setki wozów skrzypiało, tysiące wagonów leciało jak błyskawice, tysiące westchnień wznosiło się j tysiące rozpalonych spojrzeń rzucało się w ciemność z upragnieniem i gorączką szukając konturów tej "ziemi obiecanej".

Z równin odległych, z gór, z zapadłych wiosek, ze stolic i z miasteczek, spod strzech i z pałaców, z wyżyn i z rynsztoków ciągnęli ludzie nieskończoną procesją do tej "ziemi obiecanej". Przychodzili użyźniać ją krwią swoją, przynosili jej siły, młodość, zdrowie, wolność swoją, nadzieje i nędze, mózgi i pracę, wiarę i marzenia.

Dla tej "ziemi obiecanej", dla tego polipa pustoszały wsie, ginęły lasy, wycieńczała się ziemia ze swoich skarbów, wysychały rzeki, rodzili się ludzie, a on wszystko ssał w siebie i w swoich potężnych szczękach miażdżył i przeżuwał ludzi l rzeczy; niebo i ziemię, i dawał w zamian nielicznej garstce miliony bezużyteczne, a całej rzeszy głód i wysiłek.

Karol rozmyślając chodził i często, i długo patrzył na miasto i w noc, która już na wschodzie poczynała blednąc. Zorze rozsączały się z wolna w zielonawym zmroku, jaskółki zaczęły świergotać pod dachem oranżerii, a chłodny, świeży powiew poranku poruszał z wolna drzewami. Stawało się coraz jaśniej, już najbliższe dachy połyskiwały zamalowaną blachą spod zwojów mgieł, a ruiny fabryki Bauma starego stawały się coraz widoczniejsze, porwane ściany, wybite okna, zrujnowane kominy wyłaniały się jakby z ziemi i czerniały smutno połamanym szkieletem.

Borowiecki się uspokoił, już znalazł drogę na jutro, już widział jasno cel dalszego życia - zerwał z samym sobą, podeptał całą swoją przeszłość, czuł się teraz jakby nowym człowiekiem, smutnym, ale silnym i gotowym do walki.

Był bardzo blady, postarzał się znacznie przez tę noc jedną, głęboka zmarszczka ryła mu się przez czoło, a na twarzy osiadł i jakby zastygł wyraz determinacji wykutej dłutem bolesnego poznania.

- Przegrałem własne szczęście!... Trzeba je stwarzać dla drugich - szepnął wolno i mocnym, męskim spojrzeniem, jakby ramionami niezłomnych postanowień, ogarnął miasto uśpione i te obszary nieobjęte, wyłaniające się z mroków nocy".

Władysław Reymont - "Ziemia obiecana".

http://literat.ug.edu.pl/~literat/ziemia/index.htm

14:28, teologia3
Link Komentarze (1) »
czwartek, 10 listopada 2016

Pragnę złożyć serdeczne gratulacje dla Prezydenta - elekta Donalda Trumpa oraz gratulacje dla Narodu Amerykańskiego za to, że miał odwagę postawić na prawdę i wyrwać się z układu politycznej poprawności. Układu, który tak naprawdę jest lewicowo - konsumpcjonistycznym dyktatem poniewierającym wartości chrześcijańskie, które w sposób naturalny służą każdemu człowiekowi. Oczywiście życzymy wszystkim jak najlepiej, więc także demokratom.  To naprawdę wielkie święto dla całego świata! Jesteśmy winni dalszą modlitwę przyszłemu prezydentowi USA, którą wspieraliśmy Go w kampanii wyborczej. Ameryko, pokazałaś że potrafisz być wielka! Teraz kolej na dalsze kroki, a także na kolejne państwa. Czekamy na przykład na II turę wyborów prezydenckich w Austrii, które odbędą się 4 grudnia br. i trzymamy kciuki!

Miło mi także poinformować, że Watykan (po raz drugi już) zaprosił mnie, tym razem na konferencję poświęconą najważniejszym wartościom w erze cyfryzacji ("Core values in the digital age"), na którą 4 listopada br. na Uniwersytecie Laterańskim zostali także zaproszeni prezesi wiodących instytucji i korporacji na świecie. Spotkanie było interesujące, choć nie wszyscy uczestnicy podzielali prezentowane tam poglądy, ale o tym i nie tylko o tym, opowiem innym razem. 

 

21:33, teologia3
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 07 listopada 2016

Już jutro Ameryka może zagłosować na dobrą zmianę. Zmianę, której bardzo i od dawna potrzebuje! Prezydent USA ma znaczący wpływ na  politykę ogólnoświatową, więc jutrzejszy wybór Amerykanów przyniesie także dużo szersze skutki. Ameryko pójdź do wyborów koniecznie również dlatego, aby nie było żadnych wątpliwości kto je ostatecznie wygrał!!! Powiedzenie: Trump albo śmierć, dla wielu nienarodzonych dzieci, ma bardzo konkretny wymiar. Jak podały niedawno media codziennie w USA w wyniku aborcji ginie 2.262 dzieci.

Niech Bóg strzeże i błogosławi Amerykę w jej dążeniu do dobra oraz jutrzejsze, prezydenckie wybory.

20:18, teologia3
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 01 listopada 2016

http://www.polskieradio.pl/5/3/Artykul/1687190,Wlochy-po-trzesieniu-ziemia-opadla-nawet-o-70-cm-Beda-kolejne-wstrzasy

Trzęsienie ziemi we Włoszech jest bardzo poważnym ostrzeżeniem. Jeżeli Włochy nie odczytają tej informacji o konieczności nawrócenia, może być gorzej i gorzej... Nic nie dzieje się bez przyczyny. Nie wolno nam lekceważyć rzeczywistości duchowej, bo to z niej biorą początek i wzloty, i upadki. Już na przykład święta Hildegarda z Bingen mówiła, że jeśli człowiek jest dobry, żywioły mu sprzyjają, ale jeśli jest zły, sprzeciwiają mu się.

Jest wielkim cudem, że pośród tylu zgliszcz i zrujnowanych miast nikt nie stracił życia. Czy Włosi właściwie odpowiedzą na ten trudny list od Boga? Módlmy się, żeby tak było i dziękujmy Panu Bogu za ten wielki cud ocalenia!!!

22:28, teologia3
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 135